Powrót

Kwestie organizacyjne i dalszy ciąg wycieczki

niedziela, 3.stycznia.2010, 18:21
Zacznijmy może od tego, co rzuca się w oczy zaraz po wejściu - z okazji nowego roku zrobiłam nowy layout. Układ wszystkiego na stronie pozostał bez zmian - if it's not broken, don't fix it (a żeby nie było broken, za bardzo się namordowałam przy poprzednim layoucie, żeby teraz coś przestawiać XD). Obrazek u góry i mały avatar pochodzą z, nomen omen, Avatara, a to co służy mi za duży avatar (czemu mam wrażenie, że się powtarzam?) powstało z połączenia mojego zdjęcia, zabaweczki na stronie McDonalds i filtru dodanego w Photoshopie. Tekst w tytule strony - ten po "Gato Blog" - jest w języku Na'vi.


***


Kwestia mniej widoczna, za to dość istotna: przez najbliższy miesiąc raczej nie będę miała wiele czasu, żeby tu pisać. Biorąc pod uwagę jak często (inaczej) pisałam do tej pory, pewnie nikt nawet nie zauważy, ale teraz przynajmniej mam usprawiedliwienie. XD Generalnie obejrzałam sobie listę rzeczy, które czekają mnie w najbliższym czasie, zaliczeń, których terminy znam i tych, których terminów nie znam oraz egzaminów i stwierdziłam, że pomijając dwa planowane wyjścia do kina, przez większość czasu niezarezerwowanego na sen, odżywianie tudzież jeżdżenie autobusami wte i wewte będę się uczyć. A w każdym razie próbować. Najprawdopodobniej część tego czasu spędzę na czymś innym... rzecz w tym, że przy moich trudnościach z zabraniem się za cokolwiek i skłonnościach do rozpraszania się i myślenia o czymś zupełnie innym niż powinnam, muszę sobie zostawić duże marginesy, bo skończy się tym, że zacznę się uczyć pół godziny przed testem/zaliczeniem/egzaminem. A nie chcę tak. Reasumując: do - na dzień dzisiejszy - 3 lutego jestem zajęta i mam mało czasu. Ale postaram się przynajmniej dodać resztę notek opisujących wycieczkę do Francji, bo ile można...


***


...no to jedziemy z wycieczką.

Dzień 2: Get To France
W poprzednim odcinku: wyjechałyśmy z Polski, dojechałyśmy do fajnego hotelu w Czechach i poszłyśmy spać. Wee.
Nie wspominałam jeszcze, że miałyśmy w pokoju sublokatora - jakieś pająkowate cholerawieco.akuku. Wieczorem akuku siedziało sobie na ścianie nad oknem; następnego dnia rano stwierdziłam, że przeniosło się na sufit centralnie nad moim łózkiem. Chciało mnie zamordować we śnie, ale nie zdążyło, to pewne.


Zbliżenie, rozmiar mniej więcej taki jak w naturze.



Po śniadaniu (mieli dobrą herbatę brzoskwiniową :3) wpakowaliśmy się z powrotem do autokaru. Dwoje dziewcząt uprzejmie zamieniło się ze mną i mamą na miejsca, za co jestem im dozgonnie wdzięczna. Zajechaliśmy do Niemiec, gdzie zrobiliśmy postój, po czym jechaliśmy dalej... i jechaliśmy... i jechaliśmy... i jechaliśmy... aż zajechaliśmy do Francji. Tam zatrzymaliśmy na posiłek w jakiejś knajpie nad autostradą. Dosłownie nad. Wejścia były po obu stronach szosy, potem schody, a pod przybytkiem gastronomicznym jako takim jeździły sobie auta.
Obsługa działała na zasadzie "łap tacę, dobierz co chcesz, a potem do kasy i do stolika". O część jedzenia trzeba było poprosić, więc nastąpił pierwszy epizod horroru w odcinkach pt. "uczysz się francuskiego, to go ćwicz i się komunikuj". Ale dostałyśmy to co chciałyśmy - w tym pizzę na francuskim cieście. Oui. Smakowała dobrze, ale musiałam zrezygnować z jedzenia jej nożem i widelcem, bo jedyne co w ten sposób uzyskiwałam to bałagan na talerzu.
Po posiłku pojechaliśmy dalej, i w końcu wieczorem dotarliśmy do podparyskiej miejscowości, której nazwy nie pamiętam. Tutaj hotel był wyraźnie gorszej jakości, aczkolwiek w pokoju był telewizor (i tak nie było kiedy oglądać), a w łazience wanna - przy czym ani do wanny, ani do umywalki nie było korka (pilotka w naszym imieniu spytała obsługi, czy nie dałoby się jakiegoś zorganizować, ale najwyraźniej się nie dało. Notabene, facet z którym rozmawiała wydawał się nie ogarniać koncepcji korka do umywalki). A w ramach ciekawostki - to pełniło funkcję szafy:


Wieszaki antykradzieżowe - "haki" zostają na rurce, zdejmuje się drut z wieszakiem.



Dzień 3, część 1: Na Zdjęciach Była Mniejsza o.O
Następnego dnia wyjechaliśmy z samego rana ze względu na korki. Jak nam powiedziano, ludzie w Paryżu zmierzają do pracy na 9, wyjeżdżają o 8 albo 8:30, stoją w korku, dojeżdżają na 11, wyjaśniają, że był korek - normalka - i siedzą w pracy dłużej, żeby to odrobić. I tak codziennie. XD Chyba powinnam była urodzić się w Paryżu, pasuję tam.
Anyway, wjechaliśmy w końcu na paryskie ulice. Po drodze mieliśmy okazję zobaczyć nieco mniejszą Statuę Wolności, stojąca na wysepce na Sekwanie:


Wybaczcie kiepską jakość zdjęcia, robione na zbliżeniu w ruchu przez szybę po przeciwnej stronie autokaru.



Następnie dotarliśmy do pierwszego prawdziwego punktu programu...


Ta-daaa!


A tu na plakacie wersja WIP.



Informacja podstawowa: Wieża Eiffela jest OGROMNA. Nie przypuszczałam, że jest aż taka duża. Na zdjęciach naprawdę wydawała się mniejsza. XD Dodatkowy materiał do oceny jej rozmiarów:



Informacja dodatkowa: kolejka do wjazdu też była spora. Podobno zawsze jest. Sytuacji nie poprawia z pewnością fakt, że jeśli grupa chce kupić bilety, grupa musi stać w kolejce - w przeciwnym wypadku osoba reprezentująca może liczyć tylko na pytanie typu "a ta grupa to niby gdzie?". Staliśmy zatem. Po jakimś czasie trudnym do określenia sposobem między mną i mamą a resztą grupy pojawiło się sporo ludzi niewiadomo skąd, więc przełaziłyśmy pod barierkami, żeby dołączyć do reszty. Wee. Notabene pod Wieżą zaczęłyśmy zapoznawać się z pewnym faktem dotyczącym Paryża: dopóki trzymasz się tej bardziej turystycznej części miasta, gdziekolwiek nie pójdziesz, znajdzieś ludzi sprzedających miniaturowe Wieże Eiffela. Zwykle murzynów. Pod samym obiektem in question oczywiście też byli. Jeden wyczawiwszy naszą narodowość zacząć mówić po polsku, czyt. powtarzał ciągle "Polaki! Za darmo!" (chyba rzeczywiście można było dostać za darmo eiffelowy breloczek... jeśli kupiło się już kilka). Mama wolała wstrzymać się z zakupem miniaturowej architektury, twierdząc, że w zwykłych sklepikach z pamiątkami na pewno będzie taniej, ale ja już znam jej "na pewno" (dzień wcześniej twierdziła zresztą, że na pewno zatrzymamy się jeszcze w Czechach... ta), więc w końcu dałyśmy zarobić murzynowi. I owszem, w sklepikach były droższe.
W końcu dotarliśmy do windy, która zawiozła nas na bodajże drugi poziom wieży. Pozwolę sobie sprecyzować lokalizację sprawdzoną metodą "znajdź x":



Na szczyt nie wjeżdżałyśmy, ale widoki i tak były świetne.


Budynki. I budynki. A za nimi jeszcze trochę budynków. Czy to miasto gdzieś się kończy?


Ładne.


Na lewo most, na prawo most, a dołem Sekwana płynie.



I to by było na tyle w kwestii Wieży. W następnym odcinku... a nie powiem. Podpowiem tylko, że było tam bardzo dużo ludzi, ale wszyscy jacyś tacy sztywni. Możecie zgadywać, jeśli chcecie.
Nastrój: nerwowa | ja chcę jeszcze świąt T_T
Kategoria: brak kategorii


0 komentarzy
Następne Poprzednie

/comments/5953596/page/1 /comments/5953596/page/1